W świecie legend arturiańskich…

… jest magia, jest królewska linia krwi Pendragon, potężny mag Merlin, Pani Jeziora, miecz Excalibur i oczywiście szlachetny Artur i jego rycerze. Na przestrzeni lat widzieliśmy już wiele ekranizacji poświęconych wątkom brytyjskich legend narodowych. W każdej z nich Artur był przedstawiany jako szlachetny, prawy i sprawiedliwy, władający bezbłędnie wspaniałym mieczem wyciągniętym z kamienia, najlepiej jeszcze na białym koniu i w czerwonej królewskiej pelerynie albo błyszczącej wysadzanej kamieniami królewskiej zbroi największego wojownika wszech czasów.

Guy Ritchie w filmie Król Artur. Legenda miecza, nakreślił nową historię Artura, pokazał nowy charakter bohatera odbiegający od szeroko rozpowszechionego już ideału postaci nieskazitelnego króla. W jego filmie Artur jest łobuzem wychowanym na brudnych ulicach ówczesnego Londinium. On się bije, rozrabia i pyskuje. Charlie Hunamm dobrze pasuje do takiego.

W filmie pełno jest walk w stylu Ritchiego, angielski humor z angielskim akcentem. Historia opowiada się sama poprzez dynamiczny rozwój akcji, wszystko jest doskonale zbudowane dzięki energicznym ujęciom i wprost genialnej ścieżce dźwiękowej. Ten, kto pracował nad muzą, zrobił połowę sukcesu filmu! Albo i więcej niż połowę. Równie wielkie brawa należą się kreacji Jude’a Law. Sceny z Vortigernem są niemal tak liczne jak te z Arturem. Warto zatrudnić dobrego aktora do roli atagonisty. W tym filmie Jude Law jest NAPRAWDĘ ZŁY.

Nie mogłam oderwać oczu od ekranu, serio. Wiem, że za wielką wodą Artur zebrał marne recenzje, ale nie sugerujcie się tym. Bądźcie mądrzejsi i uwierzcie, że warto wydać pieniądze na bilet do kina, aby obejrzeć ten łobuzerski kawałek dobrego filmu ze świetnym! soundtrackiem.

Komentarze
Joanna Zakrzewska

Related posts
Zostaw komentarz