Jestem z Polski. Mieszkam w Singapurze.

Agata Lęgota jest sokołowianką, która od 6 lat mieszka w Singapurze i podróżuje wspólnie z mężem po krajach Azji południowo-wschodniej. Zgodziła się opowiedzieć o swoich przygodach i doświadczeniach związanych z pobytem w tamtej części świata.

                                                                   

Co skłoniło Cię do wyjazdu aż do Singapuru?

Mój, wtedy jeszcze chłopak- Carlos, po studiach pracował w niemieckiej firmie, która zdecydowała się skierować go na praktyki właśnie do Singapuru. W tym czasie odbywałam staż w jednym z sokołowskich urzędów. Po jego zakończeniu chciałam dołączyć do Carlosa. Nie miałam żadnego doświadczenia w swoim zawodzie i postanowiłam zdobyć je poprzez wolontariat. Skoro i tak miałam pracować non profit to, dlaczego nie za granicą, np. w Singapurze? Zakładałam, że spędzę tam najwyżej kilka miesięcy…

Musiałaś się zmierzyć z różnicami kulturowymi i barierami językowymi. Nie bałaś się?

Nie miałam czego się bać. Rozpatrywałam to w kategoriach nowego, pozytywnego doświadczenia. Tak samo, jak nie miałam nic w Polsce, tak samo nie miałam nic w Singapurze. Wolontariat odbywałam w ośrodku dla psychicznie chorych i dzięki temu poznałam język, którym posługują się tam mieszkańcy – to wiele mi ułatwiło. W Singapurze, oprócz urzędowego angielskiego, używa się także tamilskiego, malajskiego i mandaryńskiego. Mieszankę tych języków nazywamy potocznie singlish. I to właśnie znajomość singlish pomogła mi w późniejszym kontakcie z Singapurczykami. Pracę w zawodzie znalazłam o dziwo, bardzo szybko. Europejski dyplom magistra jest dla tamtejszych pracodawców obietnicą profesjonalizmu, więc przyjęto mnie na stanowisko psychologa w jednej z korporacji.

Co najbardziej zaskoczyło Cię w kulturze tego kraju?

Jest tam taka tradycja, która szczególnie mnie zdziwiła. Dotyczy ona zawarcia związku małżeńskiego. Jeśli dwoje ludzi planuje i przygotowuje ślub, a w międzyczasie w rodzinie przydarzy się śmierć, wtedy narzeczeni stają przed wyborem: albo pobierają się w ciągu miesiąca, albo muszą z tym poczekać aż 3 lata. I choćby wszystko było już ustalone, zamówione i zapłacone – plany trzeba zmienić. Nigdy nie dowiedziałam się dlaczego tak jest. Po prostu tak się robi. To taki zwyczaj jak w Polsce, gdy przez rok się chodzi w żałobie. Jest też taki zwyczaj, że kobiety po porodzie nie myją się przez miesiąc! Również nie dowiedziałam się nigdy dlaczego, ale wszystkie młode mamy tam mówią, że tak, oczywiście, tak się robi. Nie wychodzą z domu ani nie wyprowadzają też na spacer dziecka w tym okresie. Nie wolno ich też wtedy odwiedzać. Podejrzewam, że to z powodu konsekwencji braku higieny. Mają także specjalną dietę opierającą się na jedzeniu ciepłej zupy z alg oraz piciu ciepłych napoi. Przypomnę tylko, że w Singapurze panuje nieprzemijające 30-sto stopniowe lato. Perspektywa spożywania jedynie ciepłych posiłków, w tej sytuacji, wydaje się mi się co najmniej przykra. Mało tego, do kobiety po porodzie przychodzi pani, która zajmuje się masażem jej brzucha, dosłownie wciskając narządy wewnętrzne w – jej zdaniem – właściwe miejsca i obwiązuje mamę jak baleron – sznurkiem, aby szybciej wróciła do formy.

    

Jakie jest najpiękniejsze miejsce, które odwiedziłaś?

Filipiny. Tak wyobrażam sobie raj. Krystalicznie czysta woda, białe plaże, widoczny koralowiec, palmy i wiecznie uśmiechnięci, przyjemni ludzie. Widziałam wiele ładnych miejsc: Malezję, Tajlandię, Sri Lankę, ale na Filipinach czułam się najlepiej. Mieszkańcy inaczej reagują tam na ludzi. Moim zdaniem ze wszystkich krajów azjatyckich Filipiny wydają się być najbardziej przyjazne. To państwo było pod panowaniem hiszpańskim przez wiele lat i zostało tam takie latynoskie podejście do życia: ludzie uśmiechają się i śpiewają. Carlos, jako rodowity Katalończyk, czuł się tam bardzo swobodnie. Jeśli się zdarzy jakaś rodzinna okazja do świętowania, to od razu organizowane jest karaoke i wszyscy śpiewają do 3 nad ranem. Sąsiedzi nie mają tego nikomu za złe, bo tydzień wcześniej u nich też była impreza. Natomiast najbardziej rozczarowałam się Wietnamem. Jest to kraj wizualnie bardzo ładny, są tam piękne widoki, zatoki, przyroda jest niesamowita. Jednak idąc ulicą czujesz się smutna, winna wręcz tego, że tam jesteś. Ludzie są wiecznie nieszczęśliwi. Wszystko z powodu pieniędzy. Mają takie przeświadczenie, że jeśli wzbudzą litość to dostaną od turystów więcej pieniędzy. Uczą nawet swoje dzieci, żeby wychodziły na ulicę i wzbudzały litość. Wyobraź sobie takiego bosego pięciolatka na ulicy z niemowlakiem w tobołku. Mimo, że dzieci mają tam swobodny, bezpłatny dostęp do nauki, to rodzice każą im spędzać dnie na ulicach, bo z tego są pieniądze. To jest naprawdę smutne. Tym bardziej, że widzisz ich jak rozmawiają między sobą, śmieją się, dopóki nie zobaczą turysty – wtedy szybko zmieniają minę na posępną. Bardzo nieprzyjemnie się tam czuliśmy. I przekonaliśmy się, że oszukują. Spędzaliśmy dwie noce na łódce w zatoce Ha Long. Kapitan zarekwirował nam paszporty pod pretekstem dopełniania formalności. Natomiast nie chciał nam ich już oddać, ponieważ bał się, że uciekniemy mu z tej łódki i nie zapłacimy. Mieliśmy liczebną przewagę i wywalczyliśmy zwrot dokumentów. Dostaliśmy za to jednak mniej jedzenia.

Na pewno jadłaś coś niespotykanego w Europie. Co to było?

Sushi w Japonii smakuje zupełnie inaczej, lepiej. Tam się czuje, że ta ryba jest świeża. Na Filipinach jadłam słynne jajko na potencję. Jest to jajko z kilkudniowym zarodkiem w środku. Oczywiście bez piórek, nóżek i dzióbka. Nie smakuje inaczej niż tradycyjne jajko na twardo, ma może trochę inną konsystencję. W Kambodży chcieliśmy spróbować tarantuli, ale akurat tam gdzie przygotowują tarantule nie dotarliśmy, bo było już późno i musieliśmy wracać. W Kambodży można poruszać się tylko wyznaczonymi szlakami, podróże na własną rękę są zabronione, ponieważ wszędzie leżą miny przeciwpiechotne.

Problemy w Wietnamie, miny w Kambodży. Ponownie zapytam – nie boisz się?

Raz rzeczywiście się trochę przestraszyłam. Chcieliśmy przedostać się z wyspy Lombok na wyspę Jawa w Indonezji. Polecieliśmy lokalnymi liniami lotniczymi, startując z portu lotniczego miasta Mataran. W języku hiszpańskim podobnie brzmiące słówko mataron, oznacza „zabili”. W samolocie wszystkie umieszczone komunikaty o bezpieczeństwie były w lokalnym języku bahasa. Powtarzało się słówko keselamatan. Matan to hiszpańskie „zabić”. Na każdym z siedzeń pasażerów położone były książeczki zawierające modlitwy wszystkich możliwych religii przetłumaczone na wiele języków. Jakby sugerowano, aby pomodlić się w czasie lotu. Lecieliśmy nad Bali. Wyspa ta usiana jest wulkanami i był to naprawdę niesamowity widok, gdy po obu stronach obserwowaliśmy szczyty wulkanów wystające z chmur. Byliśmy w zachwycie dopóki nie uświadomiliśmy sobie, że lecimy nie tylko pomiędzy wulkanami, ale też ponad nimi. Wtedy zaczęłam się bać, bo te wulkany są czynne. Jakiś czas później dowiedzieliśmy się, że linie lotnicze, z których usług korzystaliśmy nie mają prawa wstępu w strefę powietrzną Europy, ponieważ nie spełniają podstawowych wymagań dotyczących bezpieczeństwa. A jeden z wulkanów, który widzieliśmy z okna, miesiąc po naszej wycieczce, wybuchł. Zastanawiasz się może, jak ci ludzie tam żyją? Otóż, ziemia wulkaniczna jest bardzo żyzna, a mieszkańcy nie traktują wulkanów jak zagrożenie, lecz jak bóstwo. Jeśli jakiś wulkan wybucha, przy okazji zabijając kogoś – to tak ma być widocznie.

Jak Singapurczycy traktują Europejczyków?

Oni nie rozróżniają narodowości. Dla nich my wszyscy – biali – jesteśmy Brytyjczykami. Coś na zasadzie poglądu, że wszyscy skośnoocy to Chińczycy. Moje koleżanki z pracy składały mi życzenia na Święto Dziękczynienia. Pierwsi Brytyjczycy, którzy pojawili się na tamtych terenach zachowywali się wyniośle i z wyższością, stąd taki stereotyp, że Europejczyk jest nadęty. Mieszkańcy Singapuru, uważają, że Europejczycy za głośno się zachowują, że dużo mówią w środkach transportu publicznego. Singapurczycy są dużo bardziej zachowawczy i chronią swoją prywatność. W samym Singapurze mieszkają przedstawiciele naprawdę wielu narodowości. W tej chwili wynajmujemy mieszkanie z Amerykaninem, Australijczykiem i Pakistańczykiem brytyjskiego pochodzenia, ja jestem Polką, a mój mąż Hiszpanem. Oprócz tego największymi grupami narodowościowymi są Chińczycy, Hindusi, Tamilowie i Malajowie. Rząd bardzo stara się, aby żadna z ras nie była dyskryminowana. Aby uniknąć efektu gett, w każdym bloku jest przydzielona równa liczba mieszkań dla każdej narodowości. Tak, aby wszyscy żyli i mieszkali w zgodzie z innymi. Malajowie byli tam od zawsze, bo Singapur był kiedyś częścią Malezji. Chińczycy i Hindusi zaczęli tam napływać, gdy kraj zaczął się rozwijać. Ryzykowali życie podczas niebezpiecznych podróży z powodu obietnicy bogactwa. Ci, którzy dotarli, zbudowali ten kraj.

Zdarzają się konflikty na tle rasowym lub wyznaniowym?

Nie. Nigdy nie widziałam takiego konfliktu. Jedyny raz, kiedy zaobserwowałam bójkę, był spowodowany meczem Manchester United – Barcelona. Co ciekawe, bił się Hindus z Chińczykiem i do tej pory nie wiemy, kto kibicował której drużynie. Każda religia ma zagwarantowane na święta dwa dni w roku wolne od pracy. Chrześcijanie obchodzą Wielkanoc i Boże Narodzenia. Buddyści świętują Urodziny Buddy i Chiński Nowy Rok. Hinduiści mają Dipawali – święto Światła i Thaipusam – święto dziękczynne. Muzułmanie natomiast obchodzą Eid al-Fitr – koniec Ramadanu i Hari Raya Haji – święto Ofiary. Raz nawet była organizowana polska msza. To nie jest takie proste, bo tam trzeba znaleźć kościół katolicki. I tu nie chodzi o to, że jest mało kościołów. Chodzi o to, że jest tak wiele kościołów, meczetów i świątyń absolutnie wszystkich religii, że nie wiesz czy idziesz do metodystów, baptystów czy adwentystów Dnia Siódmego. Wszystkie wyglądają tak samo. Tam trzeba sobie najpierw sprawdzić w Internecie czy ten kościół jest katolicki, rzymskokatolicki czy greckokatolicki, czy jeszcze jakiś inny.

 

Te wszystkie religie, narodowości i kultury potrafią ze sobą współistnieć?

Singapur jest miejscem, do którego udaje się po pracę, aby zarobić i polecieć sobie gdzieś indziej. Ten kraj jest swego rodzaju platformą umożliwiającą wybicie się dalej w świat. To praca jest najważniejsza, nie to, że ktoś modli się czy wygląda inaczej. Oni po prostu znaleźli boga, który jest dla nich najważniejszy pośród wszystkich innych. Nazywa się dolar i każdy, kto tam pojedzie wyznaje go tak samo.

Wydaje się, że Singapur to dość poukładane miejsce. Rzeczywiście tak jest?

Tak, zdecydowanie. Jeżeli przez chwilę się poruszasz po Singapurze, to zdajesz sobie sprawę jak wydajne i dobrze zaprojektowane jest tam wszystko. System nie zawodzi. W żadnym urzędzie nie stoi się w kolejce. Załatwia się wszystko przez Internet. Jeśli jest konieczność stawienia się, sama sobie wyznaczasz datę i godzinę, która Ci najbardziej pasuje i w urzędzie spędzasz 5 minut. Kiedy zdarzy się jakiś poślizg w czasie, do kolejki oczekujących wychodzą hostessy z napojami i przekąskami, aby nikt się, nie daj Boże, nie zdenerwował. Założenie konta w banku, które funkcjonuje natychmiast po ukończeniu formalności, to kwestia 10 minut. Oczywiście, jeśli masz ze sobą wszystkie dokumenty, bo nie da się negocjować, że coś doniosę. Wszystkie działania instytucji i pracowników są ukierunkowane na efektywność, bez rozpraszających uprzejmości czy niepotrzebnych rozmów. Jeśli codziennie mówisz ochroniarzowi pod blokiem „dzień dobry”, to w końcu zaczniesz go denerwować. On jest tam po to, aby wykonywać swoje obowiązki, a nie się witać. Nikt nie mówi „proszę, dziękuję, przepraszam”, ogranicza się wszelkie interakcje, które mogłyby zakłócać pracę. Wszystko ma być zrobione szybko i wydajnie. Nielegalne jest bycie bezdomnym, nielegalne są bezpańskie psy. Zaśmiecanie ulic grozi karą publicznej chłosty, a za narkotyki jest kara śmierci.

Czego najbardziej Ci brakuje w Singapurze? Za czym tęsknisz będąc tam?

Tęsknię za porami roku. W Singapurze codziennie słońce wstaje i zachodzi o tej samej porze. Wciąż jest upalne lato. Zatraca się poczucie czasu. Wystraszyłam się kiedyś, orientując się pewnego dnia, że od mojego przyjazdu na kilka miesięcy minęły już 4 lata. Kiedy to się stało? Będąc tam i korespondując z rodziną i znajomymi z Europy obserwujemy, że Europejczycy zapadają na sen zimowy. Podczas gdy jesienią i zimą dostajemy naprawdę niewiele maili i wiadomości, wiosną i latem zasypują nas lawiny zdjęć i informacji. Zaczynają się majówki, grille, urlopy. Ludzie dostają zastrzyk energii, którego ja nie czułam już od wielu lat. I nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że tak się dzieje. Zazdroszczę Wam tego. Tęsknię też za czekoladą. Ta robiona dla Azji ma dodatkowy składnik, zapobiegający rozpuszczaniu się czekolady w upale. Powoduje on również, że smak czekolady zmienia się na, dla mnie, nieakceptowalny. Najbardziej chyba jednak brakuje mi rozmów po polsku. W pracy mówię po angielsku, z mężem rozmawiam po hiszpańsku. W ciągu tych 6 lat spotkałam około 50-ciu Polaków. Zawsze zachłannie zaganiam takiego osobnika w kąt i rozentuzjazmowana zalewam go gradem biegłej polszczyzny. Dziwne, bo żaden z nich jakoś nie utrzymywał potem ze mną kontaktu. Ostatnio w rozmowie z rodziną zabrakło mi polskich słów… Do Polski i Hiszpanii, by odwiedzić rodzinę możemy wybrać się tylko raz w roku. Mamy bardzo luźne jeszcze i niepewne plany przeprowadzenia się na jakiś czas do Kalifornii.

Życzę Ci kolejnych, fantastycznych podróży. Świetnie się bawiłam podczas tej rozmowy. Dziękuję.

Joanna Zakrzewska

Related posts
Zostaw komentarz

You must be logged in to post a comment.