Co Ty znowu zmalowałeś, Adam?

Adam Steć – nonszalancki i kontrowersyjny w odbiorze, stanowczo odmawia nazywania siebie artystą. Tego, co tworzy nie pozwala zamknąć w szufladzie z napisem „dzieło sztuki”. Jego prace i projekty odbiły się już szerokim echem w Sokołowie i okolicach. Maluje tam, gdzie się da. Realizuje pomysły ludzi, którym marzy się coś nieszablonowego. Zaburza wszelkie standardy rozpatrywania szeroko rozumianej twórczości, nawet jako choćby elementu sztuki.

                                                                                                  

Zawsze wiedziałeś, że będziesz malował?

Nie, jasne, że nie. Chciałem być pilotem. Chciałem latać. Moja przygoda z tym całym malowaniem zaczęła się od spotkania towarzyskiego. Kolega, którego ojciec miał na podwórku lakiernię samochodową, wiedział, że coś tam potrafię namalować. Widział kiedyś moje bazgroły i stwierdził, że chciałby abym mu coś pomazał po aucie. Dał mi do ręki stary, chyba radziecki aerograf i mówi – masz tu i maluj. Wymalowałem zatem jego Taunusa w czaszki. To był już stary samochód i miał chyba uszkodzony tłumik, więc strasznie ryczał. Jeździliśmy nim bez większego celu po okolicznych wioskach, a potem były plotki, bo starsze kobiety z tych wiosek mówiły, że tym samochodem szatan jeździ.

      

Dlaczego nie pozwalasz nazywać siebie artystą?

Zawsze jakoś z lekką pogardą traktowałem to słowo. Mi się artyzm, szczególnie ten nowoczesny, kojarzy z jakimś, no wiesz… np. ogryzkiem, który ktoś postawił, wyeksponował i oświetlił żeby go podziwiać. Nie rozumiem tego. Nigdy nie chciałem identyfikować się z tym określeniem. Jest dla mnie próżne. Jest mi obce. Teraz artystą jest każdy kto skończy ASP, albo sam się nim nazwie. Tworzy coś, co jest do niczego, jakieś niepraktyczne, ale nazywa to sztuką, artyzmem. Ja nie jestem artystą. Jestem cynikiem. Jestem wrednym, sarkastycznym gościem, który w równie wredny i sarkastyczny sposób pokazuje, co myśli o świecie – choćby poprzez moje niektóre prace.

Stąpasz twardo po ziemi?

Tak, ale jestem też marzycielem. To się trochę gryzie ze sobą. Wszystko wynika z mojego podejścia do wielu spraw, chociażby systemu pracy i płacy. Zupełnie nie odnajduję się w sytuacji, w której ktoś mną rządzi, nie lubię mieć szefa. Nie odpowiada mi, że ktoś zawsze może zagrozić mi zwolnieniem z pracy, w związku z czym muszę dostosować się do jakichś tam reguł. Uważam, że praca to jest sprzedaż mojego życia. Biorę pieniądze za to, że jestem gdzieś dla kogoś, wykonuję jakieś czynności i liczę każde uderzenie serca ze świadomością, że życie mi właśnie mija. Skoro mam tak pracować, to chciałbym mieć z tego jakieś godne pieniądze. Wiadomo, są one w życiu potrzebne, tak ten świat jest urządzony. Skoro więc i tak muszę skądś je brać, to chciałbym przy okazji zostawić coś po sobie. Nie chcę być człowiekiem, który pracował ciężko całe życie i nie zostawił nawet śladu swojej bytności w tym świecie. Życie jest bezcenne, czemu mam pracować za 1500 zł miesięcznie? Tyle wart jest miesiąc mojego życia? Ja się na taką rzeczywistość nigdy nie godziłem. Poprzez moje prace staram się utrwalać swoją obecność. Ktoś daje mi zlecenie na malunek, a ja dzięki temu mogę wyrazić siebie i pozostawić coś po sobie.

                                     

Myślałeś kiedyś o tym, aby iść do szkoły artystycznej i potwierdzić swoje umiejętności dyplomem?

Nie, bo wtedy stałbym się tym artystą z papierka. Ludzi, z którymi współpracuję nie obchodzi czy ja mam dyplom, czy mam kurs, czy certyfikat. Oni chcą wiedzieć czy podołam zadaniu i na pewno nie przekona ich do tego widok papierka z pieczątką jakiejś tam szkoły. Moje prace świadczą o moich umiejętnościach, nic więcej.

Te prace właśnie stały się powodem pewnej popularności jaką masz w Sokołowie. Wielu ludzi wie kim jesteś i co robisz, nawet jeśli Ty ich nie znasz. Przeszkadza Ci to?

Nieszczególnie. Jestem świadomy tego, że ludzie o mnie rozmawiają. Kiedyś nawet miałem taką sytuację, że spędzałem czas ze znajomymi w jednym z sokołowskich lokali i przysiadł się do nas jakiś nieznajomy. Słyszał, jak opowiadałem kolegom o którymś z ostatnich zleceń i postanowił włączyć się do rozmowy. Mówił, że on zna kogoś lepszego, że jest taki Adam Steć, który robi takie niesamowite rzeczy aerografem i w ogóle zamiata pod dywan wszystkich innych malarzy i grafików. I, że to jego kolega. Słuchałem go z kamienną twarzą, mimo, że moi znajomi pokładali się już ze śmiechu. Innym razem ktoś przytoczył historię swojego pierwszego ze mną zetknięcia. We wspomnianym lokalu narysowałem kiedyś markerem, na ścianie przeznaczonej do wyburzenia, drzwi. Dorysowałem klamkę i tabliczkę z napisem „Jeśli masz problemy z otworzeniem tych drzwi, to znak, że czas do domu”. Za jakiś czas podszedł osobnik, któremu już ciężko było utrzymać się na nogach, zderzył się z tymi niby – drzwiami, nie dał rady sięgnąć niby- klamki i odczytawszy z trudem napis, odwrócił się i wyszedł z lokalu. I tę sytuacje właśnie obserwował człowiek, który już wiedział, że ja to ja.

Ciężko się z Tobą pracuje?

Tak można to czasem odebrać, bo potrafię się umówić i nie przyjść na czas. Jeśli już zaangażuję się w projekt, to go zrobię. Z mojej strony nigdy nie było sytuacji, w której zobowiązałem się coś wykonać i zawiodłem. Natomiast często zdarza mi się, że umawiam się na jakiś dzień i godzinę i nie przychodzę. Przychodzę kilka godzin później, niż mówiłem i taki zleceniodawca się denerwuje, że ja jestem niesłowny, nieobowiązkowy. No może i tak jest z jego punktu widzenia. Tylko… widzisz, kiedy jestem niewyspany, w złym nastroju albo gdy mam zwyczajnie gorszy dzień – to i ta ściana, na której mam malować mnie denerwuje i jakoś wszystko jest nie tak. Przecież nie zmuszę się do wzięcia tego aerografu do ręki, nie zmuszę się do malowania czegoś, co denerwuje mnie już, jeszcze zanim powstało. I zamiast przyjść na siłę i siedzieć i męczyć się kilka godzin w tym napięciu i presji, przeszkadzając samemu sobie, wolę przyjść następnego dnia lub za dwa dni i wymalować satysfakcjonujący wszystkich projekt w dwie godziny! Świadomie przygotowuję się do tego, co mnie czeka i ja wiem co zrobić, żeby było dobrze. Jak ktoś mnie pyta czy nie da się o 6 rano zacząć, to mówię, że jasne, że się da, ale pytam – po co? To, że wstanę z kurami nie znaczy ze zrobię więcej. To jest też, a może przede wszystkim, praca umysłowa, nie tylko machanie rękami i pryskanie farbą.

 

Jest jakieś zlecenie, które zapadło Ci szczególnie w pamięci?

Tak. Pewnego dnia dostałem telefon od nieznajomego człowieka. Mówił, że zdobył mój numer i potrzebuje mnie do zrealizowania ważnej dla siebie rzeczy. Z tonu jego głosu i sposobu prowadzenia rozmowy zorientowałem się, że jemu naprawdę szczerze i bardzo mocno na czymś zależy. Nie mogłem odmówić. Okazało się, że ten chłopak wymyślił sobie malunek na zewnętrznej ścianie jakiegoś garażu w Siedlcach. Miała to być podobizna jego byłej towarzyszki życiowej, z którą rozstał się w jakichś niemiłych okolicznościach. Tłumaczył mi, że ten malunek ma być formą pewnego pogodzenia się z rzeczywistością. Wystarał się o pozwolenie spółdzielni mieszkaniowej na wykonanie tam tego projektu. Zapytał nawet ziomali z dzielni czy może zakryć ich stare grafitti. Przygotował mi tę ścianę tak, że przyjechałem właściwie na gotowe – tylko stanąć i malować. Kiedy skończyłem swoją pracę, obserwowałem u swojego zleceniodawcy jedną z najszczerszych radości, jakie dane mi było widzieć w życiu. Dziewczyna, dla której to robił, jadąc rankiem do pracy zobaczyła ten mural. Było wzruszenie, płacz i wielogodzinna rozmowa telefoniczna. Pewne rzeczy się rozplątały, coś się poruszyło, coś się zadziało bardzo pozytywnie. Nie wiem jakie były ich dalsze losy, ale cieszę się, że mogłem w tym uczestniczyć. Miałem kiedyś zlecenie na pomalowanie kaloryfera, bo nie pasował w ogóle do wystroju mieszkania. Malowałem karuzele wesołego miasteczka, korpusy gitar, motocykle, samochody…Kiedyś malowałem samochód, który miał brać udział w wyścigu złomów organizowanym pod Siedlcami. Podczas takiego wyścigu auto ulega wielu uszkodzeniom i po wszystkim nadaje się już właśnie tylko na złom. Skoro to miała być tak ekstremalna męska zabawa, to kierowca zdecydował się na nadanie swojemu autu niepowtarzalnego charakteru. Wygrał nawet ten wyścig. Malowałem też kaski lotnicze na zlecenie pilotów. Maluję ściany dzieciakom w pokojach. Jeśli dziecko jest małe maluję Kubusie Puchatki, Smerfy, wróżki i koniki. Dla starszych maluję samoloty, samochody, postacie z filmów. Widzę jak to dziecko szczerze się cieszy, a ja cieszę się razem z nim.

Jest ktoś, kim się inspirujesz?

Nie. Jestem sobą. Nie chcę kopiować nikogo i nikim się inspirować. Nie mam wzoru, idola, za którym podążam i staram się dorównać, sprostać. Nigdy nie jesteś w stanie skopiować kogoś. Bycie sobą jest wystarczająco dobre. Szczególnie w kwestii rysunku czy malarstwa, czy jakkolwiek chcesz nazwać to, czym się zajmuję. Ktoś mi mówi, że jemu nie wychodzi, że on też maluje, ale nie jest w stanie zrobić tego tak, jak ja. Odpowiadam wtedy, że przecież to, co on stworzył jest tak samo dobre, a może lepsze niż to, co zrobiłem ja. Nie możesz porównywać się wciąż do kogoś innego, bo pozamykasz sobie wszystkie okna i drzwi. Ja nie gadam z ludźmi o sztuce, nie znam się na tym, nie znam artystów, nie oglądam i nie śledzę niczyjej twórczości. Wiem, że był ktoś taki jak Picasso, ale ja się nie wkręcam ani w jego życiorys, ani w jego twórczość. Nie staram się nikomu dorównać. Nie o to mi zupełnie chodzi. Taka sztuka nie jest obecna w moim życiu. Nie wiem czy w ogóle jakakolwiek sztuka jest obecna w moim życiu. Nawet nie wiem jak nazwać to, co robię. Jestem malarzem, grafikiem, dekoratorem wnętrz? Jak mam to określić? Wciąż nie stworzyłem odpowiedniej nazwy dla usług, które oferuję. Są one tak niestandardowe, że nie ma dla mnie właściwej rubryki w katalogu.

   

Skoro nie jesteś w stanie określić tego, czym się zajmujesz to skąd wiesz, że idziesz właściwą drogą?

Zadowolenie innych z mojej pracy mówi mi, że zmierzam w dobrym kierunku. Nikt nigdy nie był rozczarowany tym, co namalowałem – wręcz przeciwnie. Zgłaszają się do mnie wciąż nowe osoby, które potrzebują mojej pracy. To chyba znaczy, że idę dobrą drogą. Jest pewna przewrotność w tym, że właściwie nie wiadomo jaki zawód wykonuję. Nikt nie może się do mnie przyczepić o jakieś standardy usługi, której nikt jeszcze nie nazwał. Niektórzy martwią się, że nic z tego nie wyjdzie. Wynajęli malarza, a tu przychodzi jakiś nieokrzesany, niepunktualny gość i stawia w progu swoje farby. Widząc styl mojej pracy mają obawy, że zainwestowali w coś, co może się okazać wielką klapą. Jednak na koniec zawsze są usatysfakcjonowani, mimo uprzednich nerwów i niepewności. Często ludzie mówią mi, że się marnuję, że powinienem pchnąć swój talent na drogę jakiejś kariery, pójść do jakiejś szkoły. Nie rozumieją, że ja tego nie potrzebuję. To, czym zajmuję się w swoim życiu jest właśnie moim na życie sposobem. Nie mam potrzeby, aby świat poznał moją twórczość. Kiedyś zaproponowano mi wystawę na Zamku w Malborku. Wiem, że większość artystów dużo by dała za możliwość pokazania swoich prac w takim miejscu. Zgodziłem się, ale od razu zaznaczyłem, że mogą zmienić mi się plany. I rzeczywiście tak było. Tydzień przed wystawą byłem zmuszony odmówić swojego udziału. Nie jestem artystą, mi nie zależy na takich rzeczach.

Masz jakieś marzenie związane ze swoim talentem?

Chciałbym kiedyś mieć miejsce, aby zebrać ludzi podobnych do mnie. Nie muszą koniecznie malować aerografem, ołówkiem i długopisem, jak ja. Może ktoś będzie rzeźbił w drewnie, może wyginał blachy w ciekawy sposób. Chciałbym, aby mogli wtedy do nas przychodzić ludzie ze zleceniami, których nikt inny nie chciał się podjąć. A ja wtedy odpowiem im – tak, my to zrobimy.

Życzę Ci zatem, aby spełniło się Twoje marzenie i trzymam kciuki za kolejne projekty. Dziękuję za rozmowę.

Joanna Zakrzewska

Related posts
There are 3 comments on this post
  1. Adamoszysko
    Styczeń 25, 2017, 12:47 am

    Cześć.
    Już wiem, jakiego wyrazu zabrakło, by w końcu wyciągnąć sedno:
    kreślenia, pryskania, mazania, tłoczenia brudną folią i maczania kartek w kawie omijając cały ten artyzm.
    To rzemiosło. Jestem rzemieślnikiem. 😉
    Fajny artykuł, dzięki Aśka !
    Pozdrawiam Adam S.

    • Joanna Zakrzewska
      Styczeń 25, 2017, 6:52 am

      Cała przyjemność po mojej stronie.

  2. Marcin
    Styczeń 25, 2017, 9:33 am

    Dzień dobry
    Twarz Kobiety była w Restauracji, która prowadziłem wspólnie z Żoną. Adama zna od lat i zgodził się nadać charakter naszej restauracji. ZaprAssam na stronę Alter Ego food&wine w Toruniu na FB można zobaczyć inne prace.
    Restauracja niestety zamknięta ale to inna historia.
    Pozdrawiam Marcin

Zostaw komentarz